Dönerci Şahin Usta

Spotkałem w hostelu w Erewaniu – Billa, sześćdziesięcioletniego Chińczyka z Hong Kongu, który niestrudzenie podróżuje po świecie od 40 lat z rowerem i składaną gitarą. Kiedyś podróżowanie było trudniejsze, ale i bywało bardziej luksusowo – stwierdził. W Warszawie w 1986 r. mogłem zatrzymać się w hotelu Victoria. Moja pensja jako inżynier w Huthinson Whampoa to była wtedy fortuna. Byłem w Polsce jeszcze 5 razy. Świetny kraj.

6 razy w Polsce? Zdumiała się młoda Chilijka. Co tam jest takiego do oglądania?

No cóż, w Chile byłem 8 razy i wiem o rzeczach, o których nawet ty nie wiesz, mieszkając w Santiago – skwitował Chińczyk. Salwa śmiechu była tylko antraktem do rzeczy znacznie poważniejszej – jedzenia.

Bill jak to Chińczyk (w HK nadaje się anglosaskie imiona), fan kuchni, jak nie może znaleźć czegoś godnego do skonsumowania, sam gotuje. To w ogóle cecha Chińczyków, dużo sami gotują w podróży. Europejczycy po prostu chodzą po mieście w poszukiwaniu przysmaków. Chińczycy nie uznają przypadkowości w jedzeniu.

Wieczorna dyskusja zeszła na jedzenie i restauracje. Jeden temat był szczególnie frapujący. Czy można stworzyć udany biznes opierając się na jednym daniu. Większość zgodziła się, że coś takiego jest możliwe, ale jakoś sobie nie przypominała przykładu w realu. Ja też w Polsce nie przypominam sobie, żeby ktoś zrobił fortunę jedną potrawą. Na usprawiedliwienie zawsze twierdzę, że Polska jak Szwajcaria to królestwo przeciętności, każdy do niej podświadomie dąży uważając, że to najlepsza droga do pieniędzy. Oferta w restauracji w Polsce będzie raczej szeroka niż wysokiej jakości. Hotel będzie nijaki, ale ze spa.

Realność zdobycia kieszeni klientów jednym daniem uderzyła mnie w Stambule 10 dni później w tytułowym – Dönerci Şahin Usta, czyli dziurze w ścianie szerokiej na sirca 1,5 metra w pobliżu Starego Bazaru. Śpieszę wyjaśnić nazwę. Dönerci to kebab opiekany na pionowym grilu. Şahin to nazwisko właściciela. Usta znaczy po turecku – mistrz.

Pomimo tego, że to dziura w ścianie, nie łatwo ominąć to miejsce. Tam jest zawsze kolejka, czego nie uświadczysz przed innymi tego rodzaju miejscami w Stambule. Karta menu składa się z pide döner (pide – turecki placek chlebowy) i ekmek döner, (ekmek – klasyczna bułka francuska). Do obu serwowana jest baranina z pomidorami, cebulą etc. Koszt 17 TL (21 zł). Pozycja numer 3 w karcie to ayran, a nr. 4 to coca-cola. Obie pozycje po 3 TL (ok. 3,6 zł).

Miejsce uważane jest za oferujące najlepszy kebab w okolicach Starego Bazaru w Stambule. W wywiadzie dla jednej z telewizji właściciel przyznał, że sprzedaje ok. 500 kebabów dziennie (otwarte 11:00-17:00). Co daje 1,5 kebaba na minutę. Proces produkcji jest bardzo prosty, tani i szybki, pomimo kolejki dostałem go po 3-4 minutach. Co więcej, 17 tureckich lir za kebab to o 5-7 lir więcej niż przeciętna cena w centrum Stambułu. Nie licząc sprzedaży napojów dzienny obrót tej „dziury w ścianie” to 10,5 tys. zł. Miejsce jest oczywiście w Lonely Planet i blogach kulinarnych co przekłada się na sławę i ceny.

I najważniejsze, czy kebab jest smaczny? Jak coś się sprzedaje od 1969 r…to nie ma co dyskutować. Jest jednak naprawdę dobry – mówię to bez żadnej klaki, jaka często towarzyszy takim miejscom – w niczym nie przypomina naszych, ma chyba za sprawą przypraw nieco ostrzejszy smak. Wynika on także z prostoty i naturalności składników; świeżej bułki/chleba pide, wysokiej jakości baraniny i świeżych warzyw. Kebab nie jest w żaden sposób obrabiany, opiekany etc. co oszczędza czas (3 pracowników) i nie zaburza naturalności potrawy. Naprawdę usta, usta, usta.

donerx-8290x-8291doner2

Komentarze