ITB w Berlinie – 50 lat i oby do emerytury dali radę

Polskie stoisko było w tym roku znacznie mniejsze niż w ubiegłych latach. Zamiast 16, wystawiło się tylko 8 województw. Zapał wyraźnie osłabł. Pytanie, dlaczego wystawiamy się województwami. Nie jesteśmy pępkiem turystycznego świata, a Polska znana jest na świecie głównie z Krakowa.

Polskie województwa, nawet Małopolskie nie mają szans, żeby stać się tak znane jak Katalonia, Andaluzja, Bawaria, Prowansja, Szkocja. Takich perełek jest niewiele. Przecież dziesiątki innych regionów nigdy nie stanie się destynacjami turystycznymi. Czy można oczekiwać, że Extremadura w Hiszpanii, Drenthe w Holandii, Saara w Niemczech, Roussillon we Francji, Smalland w S’zwecji mogą nakłonić Państwa do odwiedzin. Najpierw trzeba wiedzieć, że istnieją. Nie ma co oczekiwać, że sława stanie się udziałem Podlasia, czy Zachodniopomorskiego. Owszem tu też przyjeżdżają turyści, ponieważ interesuje ich Białowieża lub konkretne usługi w dobrym hotelu w Kołobrzegu. To tak jakby Polaka spytać czy ma ochotę na wczasy w Obłasti Saratow. Może jest klinika medical-spa w Saratowie lecząca jakieś schorzenie i wielu się skusi, ale to jeszcze nie powód żeby Obłast Saratow wystawiała się na ITB. Podobnie jest z wystawianiem się przez nas regionami. Kończy się to biciem głową w mur niemieckiej obojętności.

Jako Polska warto się promować na mniejszych, ale bardziej perspektywicznych zamożnych krajach i mega miastach: Tokio (36 mln ludzi), Pekinie i Szanghaju, Wielkiej Brytanii, Norwegii, Dubaju, Chicago z Polonią, Waszyngtonie, Toronto, Moskwie (jak wróci normalność), Hiszpanii, Północnych Włoszech. Niemcy, lepiej sobie po 25 latach namolnych próśb o zrozumienie naszej atrakcyjności i naszego „sukcesu” – odpuścić. Proszę zobaczyć na firmę kosmetyczną Inglot z Przemyśla, że świat na Niemczech i szerzej Europie się nie kończy. Nie ma tam (a przynajmniej jest za daleko na takie emocje) na starannie zawoalowaną „wyższość”, uprzedzenia i zwykły „soft-rasizm”, których jak poskrobie się sreberko politycznej poprawności pełno w społeczeństwach Europy Zachodniej.

Lepiej także z drugiej strony nie mieć przesadnie wydumanej opinii o swojej atrakcyjności. Polska, jako kraj to mniej więcej równie atrakcyjne miejsce do odwiedzin jak np. Andaluzja, jeden region Hiszpanii. Oferta nie może być przeskalowana. Na Polskim stoisku zabrakło mi całościowej oferty całego kraju takiego „The best of”. Doskonale rozumieją to tour operatorzy np. Rainbow, którzy oferują najczęściej tygodniowe wycieczki obejmujące Kraków, Zakopane, Wrocław, Trójmiasto i Warszawę za około 600 euro. Tydzień w Polsce to dla Europejczyka naprawdę enough. Dla Azjaty także.

Na swoim przykładzie to widzę najpełniej.

Mam ochotę pojechać na Kaukaz, odwiedziłem w tym celu sąsiadującą z Polskim stoiskiem Armenię i Gruzję. Nie skorzystam jednak z tamtejszych 7-10 dniowych. wycieczek, ponieważ każdy z tych krajów nie ma tyle elektryzujących mnie miejsc, żebym spędził w nich tyle czasu. Mam 17 dni i zaplanuje nie tylko Armenię, Gruzję, ale do tego worka dorzucę mega atrakcyjny z mojego punktu widzenia Iracki Kurdystan (bez wizy,  i co jest prawie tak samo ważne – bezpiecznie 🙂 i jeszcze na koniec znajdzie się miejsce na Konyę i Stambuł w Turcji. Jakbym miał oglądać przez dwa tygodnie każde Burkina Faso (pełna życia scena muzyczna w Wagadugu) i każdy kościół lub ruinę na tym świecie, to ostatecznie nie wiele bym w swoim życiu zobaczył. Nie ma na to czasu, ani pieniędzy.

Jest miejsce na opowiadanie tylko naprawdę topowych historii o topowych miejscach.

shapeimage_2

Słyszeliście o Tsaparang, kompletnie zapomnianej stolicy królestwa Guge w zachodnim Tybecie?

Do takiej podróży potrzebuje tylko dwóch-trzech miejsc: booking.com, airbnb.com i skyscanner.com. i jeszcze przewodnika np. Lonely Planet za 80 zł. I to jest  problem, który zaczyna podmywać nie tylko zasadność ITB, ale również zasadność istnienia skomplikowanej struktury pośredników. Po prostu przestają mi być potrzebni, i nie tylko mnie. Widać to w ekspansji  linii lotniczych na ITB. Już nie tylko są wielkie stoiska Emirates, Qataru, Lufthansy, Turkish Airlines, ale i mniejszych takich jak Avianca, LAN, Southern China, ANA, Vietnam Airlines, United i wielu, wielu innych w tym przede wszystkim low-costów.

Zdają sobie sprawę, że stały się kluczowym elementem światowego pejzażu turystycznego. Oni + OTA zagarną cały biznes kosztem mniejszych touroperatorów, dla tych większych zostanie nisko marżowe „plażowanie” i to w rodzinnym wydaniu dla osób: które się boją, nie znają języka, tak już ich życie nauczyło lub mają niszowe hobby np. fotografię podwodną pod lodem, chcą zobaczyć Koreę Północną, Arabię Saudyjską, Afganistan, polują z helikoptera na Kamczatce lub chcą jeździć czołgiem po sawannie.

Pokolenie wychowane na The Bible, szczególnie w zachodnim świecie (my jesteśmy jeszcze trochę za biedni, ale już nie długo, pensje eksplodują tego lata, a złoty przywita się z dużo niższymi poziomami za euro i $) po prostu rezerwuje pierwszy nocleg, wsiada w samolot i leci do Buenos Aires lub do Asmary, reszta jest tak banalna, ale i ekscytująco nieprzewidywalna. Planowanie podróży z góry jest już powoli dla wielu nie do zaakceptowania, zwłaszcza, że ich doświadczenie mówi, że media opowiadają zbyt często „jakąś własną wersję świata, którego tak naprawdę nie ma”.

Słowo „turist” od zawsze miało wydźwięk nieco degradujący. Co innego „podróżnik” (traveller), to brzmiało zawsze nobilitującą.

Bą włajaż, tylko proszę uważać na biura turystyczne w tym i następnych latach (i już zawsze). WTF może zdarzać się coraz częściej.

 

Komentarze